Fragmenty z książki "Z Kraju Nad Wisłą"

"Jako pierwsi z mojej rodziny przybyli do Ameryki w roku 1907 dwaj bracia mojej babci - Jadwigi Magiera. Niemal nazajutrz po znalezieniu się na amerykańskiej ziemi zwerbowano ich do wyrębu lasów. Praca ta jednak okazała się tak ciężka, że po pewnym czasie postanowili z niej zrezygnować i dotrzeć do krewnych w Chicago. Szli tam pieszo, żywiąc się tym co po drodze dawali im farmerzy i nocując najczęściej pod gołym niebem. Pewnej nocy zakończyło się to tragicznie; zostali zaatakowani przez wygłodniałego niedźwiedzia, który jednego z braci poranił śmiertelnie. Drugiemu udało się przeżyć i dotrzeć do celu, ale był tak wycieńczony i zarośnięty, że nie poznali go nawet bliscy krewni."

"Grzywnowie - siostra mojej babki z mężem - bardzo pobożni katolicy, mieszkali tuż nad Wisłą. Gdy w roku 1940 Niemcy rozpoczęli eksterminację Żydów, Grzywna wykopał w skarpie wiślanej dobrze zabezpieczoną kryjówkę dla żydowskiej rodziny. Pech chciał, że kobieta była już w ciąży. Gdy dziecko przyszło na świat, z powodu jakiejś ułomności bez przerwy płakało. Bojąc się, że ten płacz może ich zdradzić, a to groziło zabiciem przez Niemców nie tylko ich, ale i całej rodziny Grzywnów - z rozpaczą wrzucili dziecko do Wisły. W owej kryjówce wytrwali do końca hitlerowskiej okupacji, a po wojnie wyjechali do Izraela. Potem kilkakrotnie odwiedzali Grzywnów, zawsze składając im podziękowanie za ocalenie."

"Najstarszy brat mojego ojca Stefan, mając 21 lat zachorował na zapalenie wyrostka robaczkowego. Działo się to w roku 1944, w czasie inwazji wojsk sowieckich i nie było możliwości przewiezienia go do szpitala, czy choćby znalezienia lekarza. W takiej sytuacji Stefan zmarł po kilku dniach. Tymczasem hitlerowcy nakazali każdej polskiej rodzinie wyznaczenie jednej pełnoletniej osoby do wyjazdu na roboty w Niemczech. Po śmierci Stefana ten wyjazd groził ojcu rodziny. Sytuację uratował drugi brat, 16-letni Mieczysław, który z dokumentami Stefana zgłosił się na wyjazd. Los w przedziwny sposób wynagrodził mu to wielkie poświęcenie."

"Królewice zapamiętałem przede wszystkim ze wstrząsającego wydarzenia, jakim był pożar naszego domu. Spłonął doszczętnie na skutek wady w instalacji elektrycznej, a wraz z nim wspaniała biblioteka dziadka. Nie było czasu na ratowanie czegokolwiek. Mam ciągnęła nas za ręce, ponaglając do opuszczenia płonącego domu. Miałem wtedy cztery lata i niewiele jeszcze rozumiałem, ale tak wyobrażałem sobie piekło. Nie miałem też żadnego pojęcia, jakie to przyniesie nam następstwa."

"Na samym końcu ogrodu dziadka Kasperka w Piotrowicach tkwią w ziemi do dziś żeliwne słupy graniczne, rozdzielające do wybuchu I Wojny Światowej zabory: rosyjski i austriacki. Za nimi była już Wisła, a za nią - Galicja. Dziadek wspominając tamte czasy ciągle wzdychał, że Polacy pod zaborem austriackim mieli dużo lepiej niż pod rosyjskim: więcej swobód, a mniej biedy. Ludzie powiadali, że jak ktoś znalazł się "po tamtej stronie", to miał otwartą drogę na cały świat... Dziadek wręcz obsesyjnie o tym opowiadał, jakby wyrzucał sobie, że jemu zabrakło odwagi, aby - jak wielu innych - przeprawić się na tę drugą stronę. Słuchając go - chyba już wtedy podjąłem postanowienie, że gdy dorosnę, świat nie będzie miał dla mnie granic."

"19 sierpnia 1981 roku, amerykański samolot wysłany na polecenie prezydenta Ronalda Reagana, zabrał z Wiednia około trzystu polskich uchodźców politycznych. Wśród nich byłem i ja. Gdy wylądowałem na amerykańskiej ziemi miałem dwadzieścia lat, dwieście dolarów w kieszeni i znałem zaledwie dwa angielskie słowa: thank you... Dwadzieścia lat później, w Las Vegas, na Międzynarodowej Wystawie Budownictwa, zdobyłem pierwsze miejsce i otrzymałem statuetkę Oscara - prestiżową nagrodę Project of thr Year Award, przyznawaną przez National Commercial Builders Council - za sposób w jaki wzniesiony przez moją firmę budynek został przeze mnie zaprojektowany i wkomponowany w istniejące otoczenie miasta Chicago. W następnym roku - w Warszawie - odebrałem inne, niezmiernie ważne dla mnie odznaczenie: Złoty Medal Prymasowski i dyplom "Zasłużonemu w posłudze dla Kościoła i Narodu"."

"W moich rodzinnych Koszycach była przed wojną synagoga. Od dziesiątków lat nieużytkowana, ulegała stałej dewastacji, aż popadła w pełną ruinę; na szczątkach dachu i odkrytych murach wyrosły drzewa, a we wnętrzu hulał wiatr nieskrępowany oknami bez szyb. W latach 90-tych gmina żydowska odzyskała utracone mienie, ale nie mogąc znaleźć środków na bardzo kosztowną odbudowę dawnej świątyni - postanowiła ją zburzyć. Odkupiłem więc od nich ten historyczny obiekt, aby uratować go dla Koszyc i stworzyć w nim Muzeum Ziemi Koszyckiej."